Wybierz region

Wybierz miasto

    Jan Nowicki, jakiego nie znacie

    Autor: Henryka Wach-Malicka

    2006-03-27, Aktualizacja: 2006-03-27 09:05 źródło: Dziennik Zachodni

    Przedstawia się jako artysta i pacyfista, o pogodnym stosunku do przemijania, a nawet do śmierci. W moim wieku - powiada - to już nawet plomb nie warto wymieniać...

    Przedstawia się jako artysta i pacyfista, o pogodnym stosunku do przemijania, a nawet do śmierci. W moim wieku - powiada - to już nawet plomb nie warto wymieniać... Ale sekundę później, wzrokiem rozmarzonym (czy tylko?) wodzi za śliczną Aloną Szostak, śpiewającą piosenkę z jego tekstem. Aha, jeszcze uwielbia sport oraz deklaruje się jako metrykalny kawaler, choć na lewo i na prawo mówi o Marcie Meszaros - moja żona.

    No i wszystko jasne - Jan Nowicki. Magnat w filmie i honorowy obywatel wsi Kowal w rzeczywistości. Wielki artysta i równy chłop za jednym zamachem. Maniakalny wielbiciel piękna i nałogowy palacz papierosów przez pięćdziesiąt cztery lata. Niekłamany dżentelmen i towarzyski anarchista, wkładający do wytwornej kamizelki białe adidasy. A w tych adidasach recytujący fragmenty "Nocy listopadowej" Wyspiańskiego tak, że chciałoby się go z wdzięczności w rękę pocałować.

    Człowiek gospodarny
    Zdecydowanie dobry organizator - 1300 zł emerytury wystarcza mu na zachcianki, w tym na kieliszeczek dobrego alkoholu ("kiedyś to się pijało"). Ale nie zaprzeczy, pieniądze lubi. W tym "Magnacie" to jednak haniebnie mało płacili, a reżyser Bajon - poznaniak, zaznacza Nowicki, sam będąc krakusem, choć tylko z zasiedzenia - podjadał kury, lądujące na magnackim stole w charakterze rekwizytów. Czasy były ciężkie, okolice stanu wojennego, więc reżyser też miał prawo na rekwizyty polować, ale żeby aż tak? Nowicki by się podzielił!

    Były górnik
    Życiorys ma bujny, ale najbujniej żył w pierwszym żywota tego ćwierćwieczu. Szkoły średnie zmieniał siedem razy, z łódzkiej Filmówki go wyrzucili, w końcu odezwało się wojsko. A ponieważ przemocy militarnej nie cierpiał ideologicznie, postanowił służbę odpracować w kopalni. Nie żeby miał o górnictwie jakieś pojęcie, ale nie o fach szło, tylko o papierek. I Jan Nowicki - przyszły Wielki Szu i Wielki Książę Konstanty - naprawdę, uczciwie, przez osiem miesięcy, dzień po dniu, na trzy zmiany, zjeżdżał do podziemi kopalni Halemba oraz pomieszkiwał w Domu Górnika. Wyspecjalizował się w podsadzkach - płynnych i "tych drugich" - oraz w obsłudze wentylacji. Po pracy pisał listy, słabszym w wyrażaniu uczuć, zakochanym kolegom oraz oddawał się smakowaniu piwa. W restauracji "Hilda", koło lasku w Rokitnicy. - Jaki ja wtedy byłem szczęśliwy - wzdycha - młody byłem, głupi, kochałem się na zabój i wierzyłem, że nigdy nie umrę.

    Tylko inżyniera Sadło nie wspomina z sentymentem, bo inżynier Sadło Nowickiego nie lubił i zawsze posyłał go po wentylator do najbardziej zabagnionego przodka.

    Śpiewak operetkowy
    W sześćdziesiątym szóstym roku życia postanowił zagrać w operetce. Nie tej z Gombrowicza, tylko tej z Kalmana. Szczerze mówiąc, to Marta go namówiła, bo przecież "trochę mówisz po węgiersku". Marta tę "Księżniczkę czardasza" reżyserowała, a on się Marty słucha (czasami). Samokrytycznie przyznaje, że "śpiewa jak stary astmatyk", co okazało się być prawdą tylko w połowie, bo jak zaintonował przedwojenny przebój o jednej takiej, co chce odejść, to po prostu cudnie się zrobiło. Rolę Kalmana (bo nie czardasza przecież) traktuje z półdystansem, śmiejąc się, że jakoś "na chleb zarabiać musi". I cieszy się, że może występować z elegancką laseczką! Tak, tak - pan Jan laski zbiera, ma ich piękną kolekcję i uważa, że "laska to jest kształt doskonały; piękny i użyteczny jednocześnie".

    Okrzyknięty literatem
    Z żartu, czasem frywolnego, potrafi Nowicki natychmiast przejść do zupełnie poważnej refleksji o upadku aktorskiego rzemiosła i do pretensji wobec widzów, że tak często zachwyca ich artystyczne byle co. Ale najbardziej wzruszająco, ba - przejmująco, mówi o przyjaźni, którą uważa za związek silniejszy i "bardziej metafizyczny" niż miłość nawet. Z takiej właśnie, utraconej po trzydziestu latach, przyjaźni z Piotrem Skrzyneckim narodziły się listy do barda Piwnicy pod Baranami. A ponieważ Skrzynecki, z sobie tylko znanych powodów, z Nieba nie odpisywał, to Nowicki pisał też odpowiedzi. Publikowane w znanym tygodniku zrobiły furorę, zostały wydane w formie książek i tak oto aktor oraz nieudany przedsiębiorca (wspólnicy go oszukali) Jan Nowicki okrzyknięty został literatem. Jak do każdej dziedziny swojej twórczości, tak i do tej podchodzi ostrożnie. - Książki - przestrzega - to pisał Dostojewski, ja wydałem tylko książeczki.

    Autor piosenek
    Coś na rzeczy być jednak musi, bo okazuje się, że także pisane prezeń teksty piosenek podobają się powszechnie, a muzykę do nich komponują Zbigniew Preisner i Zygmunt Konieczny. Fakt, że to kumple Nowickiego od niepamiętnych czasów, ale skoro sami się u niego o teksty dopominają...?

    A pan Jan, choć robi wszystko, by publiczność zwieść humorem - na poły wisielczym, na poły angielskim - nie daje rady ukryć całej prawdy o sobie. Może i jest ponadsześćdziesięcioletnim, uroczym szaławiłą i żartownisiem, nie przestając być wielkim aktorem. Ale jeśli ktoś wsłucha się w "Ostatni bieg Basi", piosenkę napisaną przez Jana Nowickiego po śmierci matki swojego syna - Barbary Sobottowej, to i tak odkryje w nim nieprzebrane pokłady wrażliwości. Tak piszą tylko prawdziwi poeci i bardzo mądrzy ludzie.

    Sonda

    Czy obawiasz się ptasiej grypy?

    • Nie (72%)
    • Tak (28%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.