Wybierz region

Wybierz miasto

    Sztuka na wybojach

    Autor: Henryka Wach-Malicka

    2006-03-23, Aktualizacja: 2006-03-22 20:27 źródło: Dziennik Zachodni

    Każda sztuka była kiedyś „współczesna” i walczyła o uznanie odbiorców. Nigdy chyba nie była jednak tak odległa od ich zainteresowań i... ścian, jak dzisiaj.

    Każda sztuka była kiedyś „współczesna” i walczyła o uznanie odbiorców. Nigdy chyba nie była jednak tak odległa od ich zainteresowań i... ścian, jak dzisiaj. W każdym razie w Polsce, gdzie prace współczesnych plastyków kupuje garstka ludzi. Dzieła sztuki zawsze nabywano z trzech podstawowych powodów: z miłości (wizja artysty uwiodła nasze emocje), z wyrachowania (lokata kapitału) i ze snobizmu (bywa zdrowy!). Obserwatorzy życia artystycznego i właściciele galerii mówią, że dziś oryginalne prace - na przykład obrazy czy rzeźby - rzadko kupuje się z potrzeby serca.

    Polacy wciąż zarabiają tak mało, że nabycie dzieła sztuki to już ekstrafantazja albo czysta desperacja. Zaprzyjaźnić to się można najwyżej z pracami graficznymi, które przez techniczną możliwość powtarzalności, są po prostu tańsze. Inna rzecz, że mało kto patrzy na liczbę, jaką odbitka jest opatrzona, a to oznacza, że kupujemy je rzeczywiście dlatego, że nam się podobają a nie dla ich wartości rynkowej. Jak szalony rozwija się natomiast przemysł dekoracyjnych gadżetów. Wśród tych ostatnich zdarzają się prawdziwe plastyczne perełki, jednak zdecydowanie częściej atakują nasz wzrok zastępy gipsowych aniołków spod sztancy.

    Duch socrealizmu
    Przez ostatnie półwiecze polskie gusta kształtowało kilka czynników pozaartystycznych, z których najważniejsze są dwa: sterowany triumf socrealizmu i monopol państwowy na handel sztuką. Samym plastykom to nie zaszkodziło, choć często skazywało na tworzenie bez publicznego echa. Jeśli jednak w oku socrealistycznego cyklonu, w początku lat 50., działała w Katowicach Grupa ST-53, uprawiająca twórczość awangardową, to znaczy, że artyści nie zawsze musieli kuć w marmurze posągi bohaterów pracy socjalistycznej. Na ogół doganialiśmy świat w jego plastycznych eksperymentach, choć nie wszystkie przynosiły swoim autorom sławę i pieniądze.

    Socrealizm ukształtował natomiast przynajmniej dwa pokolenia odbiorców sztuki, dla których wszystko, co nie miało "rąk i nóg" wydawało się bohomazem. Polacy, otoczeni wielkimi, realistycznymi płaskorzeźbami nie tylko w pałacach kultury, ale nawet na dworcach czy w parkach, podświadomie odrzucali (wyjąwszy zainteresowanych sztuką) abstrakcję w każdej postaci. Warto przypomnieć, że naturalizm rysunku królował w tamtych czasach również w życiu codziennym, ilustracjach książkowych i wzornictwie przemysłowym. Być może dlatego, gdy pod koniec lat 60. nastąpiła swoista artystyczna odwilż, Polskę - na zasadzie kontrastu - zalała fala "pikassów". Tak nazywano w języku potocznym geometryczne wzory, rzeczywiście nawiązujące do twórczości Pabla Picassa, które zawojowały polskie mieszkania; od reprodukcji po zasłony i rzuciki na ścianach.

    Cezanne nad łóżkiem
    Trzecią, i chyba ostatnią tak powszechną wśród Polaków, modą plastyczną były reprodukcje. Dziwnym trafem, a może smakiem jakiegoś dyrektora zakładów graficznych, królowały wśród nich powielane w tysiącach egzemplarzy, prace impresjonistów i ich następców. W księgarniach sprzedawano więc stosy reprodukcji van Gogha (absolutny lider), Utrilla, Cezanne'a i Matisse'a.

    - Byłbym ostrożny w wyśmiewaniu tego zjawiska - mówi historyk sztuki Jarosław Świerszcz, dyrektor Komisji Zakupów Śląskiej Komisji Sztuki Współczesnej - bo miało ono ważny aspekt edukacyjny. To był pewien standard, do którego wypadło równać w życiu codziennym. Moim zdaniem - snobizm niewyszukany, ale zdrowy. Wrażliwości na sztukę uczyła też szkoła, w której zarys historii sztuki był przedmiotem obowiązkowym. Dziś tak zwany "statystyczny Polak" praktycznie nie ma kontaktu ze sztuką współczesną, bo wychowanie plastyczne realizowane jest w postaci szczątkowej, prasa nie recenzuje wystaw plastycznych, a telewizja dyskusje na ten temat zepchnęła do niszowego kanału Kultura. W takiej sytuacji wielu potencjalnych widzów rezygnuje z wizyt w galeriach, nie czuje się bowiem do oglądania współczesnej sztuki w żaden sposób przygotowana. Myślę, że braki edukacyjne nadrobimy dopiero za jakieś dwie dekady. Choć chciałbym się mylić...

    Wolny rynek, czyli bariera
    Obcowanie ze sztuką to nie tylko oglądanie jej w muzeach, ale również nabywanie. Muzeów sztuki współczesnej, poza Łodzią, w Polsce praktyczne zresztą nie ma do dziś. Handel sztuką przez wiele lat monopolizowało natomiast państwo (Desa). Prywatne galerie działały rzadko i raczej nie wpływały na kształtowanie się cen obrazów czy grafik. Sytuacja zmieniła się diametralnie po 1989 roku. Powstało wtedy wiele galerii z prawdziwego zdarzenia, ale i wiele "sklepów z obrazami", w których nikt nikogo i niczego nie promował. Znawcy orientowali się w nowych trendach, zwykli śmiertelnicy na ogół nie. Z drugiej strony nieliczni z tych zwykłych śmiertelników zaczęli mieć niezwykłe, w porównaniu z resztą społeczeństwa, pieniądze, które chcieli ulokować w dziełach sztuki. Brak orientacji w ocenach współczesnych artystów sprawił, że na aukcjach i w antykwariatach powodzeniem wciąż cieszą się nazwiska uznane i sprawdzone, z Jackiem Malczewskim na czele. No, może ostatnio daty powstania sprzedawanych obrazów przesunęły się dwadzieścia lat do przodu.

    - Rynek sztuki w Polsce - mówi Stefan Szawica, współwłaściciel renomowanej katowickiej Galerii Parnas - jest dziś rynkiem hermetycznym, zaś w wartości oferowanych prac orientują się naprawdę nieliczni. Być może coś się w tej mierze zmieni, zaczynają się bowiem kształtować specjalistyczne rankingi. Nie mówię tu o festiwalach popularności, kreowanych przez niektóre media, ale o listach sporządzanych przez krytyków i historyków sztuki. Nasza galeria promuje na takich listach dwa nazwiska: Franciszka Starowieyskiego i Witolda Pałki, co nie oznacza, że nie można u nas kupić prac innych artystów. Drugą barierą, trudną do sforsowania, są ceny. Dobra praca uznanego artysty kosztuje dużo, nawet kilka tysięcy złotych. Nie wmawiajmy więc sobie, że każdy, kto zapragnie mieć w domu obraz za takie pieniądze, może sobie na to pozwolić. To, niestety, wciąż jest dobro luksusowe.

    Syndrom mazaka
    Wybitny polski grafik - profesor Tadeusz Grabowski, już dziesięć lat temu ukuł określenie "syndrom mazaka". Protestował w ten sposób przeciw coraz powszechniej otaczającej nas plastycznej bylejakości. Artysta nie miał wątpliwości, a czas potwierdził jego przypuszczenia, że gusta współczesnych Polaków coraz częściej kształtowane będą przez kiczowate (kupowane w pakiecie z filmem) afisze kinowe, niewyszukane reklamy na gigantycznych billboardach i ogłoszenia kreślone mazakiem, a potem odbijane na ksero. Artysta miał rację - kiczowate figurki wciąż cieszą się niebywałym powodzeniem....

    Być może lament, że zapadamy się w estetyczną przepaść, jest przedwczesny, ale trudno powiedzieć, że sztuka współczesna jest przez nas powszechnie rozumiana, oglądana i kupowana.



    Wystawa pojedzie do D%FCsseldorfu i Pragi

    Śląskie znaki czasu

    Kolekcja sztuki współczesnej stworzona w ostatnim roku przez Fundację dla Śląska pojedzie do Niemiec i Czech. Będzie to jej pierwsza zagraniczna podróż, zorganizowana po pierwszej krajowej prezentacji w katowickim Biurze Wystaw Artystycznych. Właśnie pakowane są kufry, gdyż już w kwietniu zaprezentowana zostanie w Instytucie Polskim w D%FCsseldorfie. Natomiast w drugiej połowie roku fotografie wchodzące w skład tej kolekcji wystawione zostaną w Pradze.

    Śląska kolekcja powstała w ramach zainicjowanego przez Ministerstwo Kultury w 2005 r. programu "Znaki Czasu", który zakłada stworzenie - w oparciu o regionalne zbiory - reprezentatywnej kolekcji polskiej sztuki współczesnej. Na Śląsku zakupiono ponad 200 prac kilkudziesięciu artystów, którzy związani są biografiami z naszym regionem lub odwołują się do szeroko rozumianej tematyki śląskiej. Głównymi fundatorami prac są marszałek woj. śląskiego oraz minister kultury, którzy przeznaczyli na ten cel po 400 tys. zł.

    Do tej pory powstało w kraju 17 regionalnych kolekcji. Zdaniem części krytyków śląska prezentacja polskiej sztuki współczesnej jest najlepszą w kraju, obok białostockiej. W regionie pojawiły się również głosy krytyczne, głównie w środowisku akademickim. To dobry znak. Kolekcja wywołała dyskusję, a to również jest w założeniach programu "Znaki Czasu", by o sztuce rozmawiać i o nią się spierać.

    Prace ze śląskiej kolekcji chcą u siebie pokazać Mikołów, Mysłowice, Bielsko, a także Szczecin.

    Sonda

    Czy obawiasz się ptasiej grypy?

    • Nie (72%)
    • Tak (28%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.